.::Majówka Broczyno 2011::.
Piątek. Praca na pełnych obrotach od południa, już około 20 byliśmy świadomi, że nasz deadline nie zostanie osiągnięty, a przed nami cała noc roboty. Efektem nieprzespanej nocy było odpalenie pojazdu o 10-tej w sobotę, czyli mniej w więcej w tym czasie, kiedy mieliśmy już rozkładać się na pasie… Pierwsza część ekipy, w osobach Ciacha, Bobka i Chupasa wyjechała z niewielkim poślizgiem, kiedy my jeszcze skręcaliśmy owiewki mojego szpeja. Musiałem jeszcze pojechać na kołach do domu, gdzie od rana czekał na nas nasz transport, czyli Baza i jego W123. Praca Spiniego opłaciła się, po obróbce głowicy dotarcie do domu nie zabrało mi zbyt wiele czasu. ;) Po ogarnięciu się wyżej wymieniony osobnik dotarł do nas, pojechaliśmy do Filipa, spakowaliśmy motocykle i cudem upchnęliśmy się do auta (z połową bagażu na kolanach – a jechaliśmy autem typu kombi…).
Rozsądni i oszczędni zalaliśmy Ecodiesla, a co, przecież ‘klin’ przepali wszystko. Pewnie i tak, ale na pewno nie na starych filtrach - prędkość przelotowa poniżej 80km/h nie była niczym miłym.
Najważniejsze, że dojechaliśmy, a na miejscu Broczyńskie fatum usterek zaczęło zbierać swoje żniwo, poległy dwie skrzynie biegów – w fortepianie Ciacha i e30 Pierzaka. O ile moto można było spakować do busa, to biedny Dimitri (wyjaśnienie ksywy w filmiku) wracał 250km na holu.
Małe streszczenie majówki oczami Pierzaka:
Rozbiliśmy swój namiot i rozpoczęliśmy integrację przy ognisku. W międzyczasie chciałem sprawdzić swoje umiejętności w prowadzeniu 4 kółek – ‘troszeczkę’ się przeliczyłem, delikatnie mówiąc. Przesadziłem w zakręcie, trawa, bok, trawa, 2 koła, więcej szczęścia niż rozumu i obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie, z resztą nie swoim… Myślałem że więcej zła nie może mnie spotkać na jednej ustawce i limit został już wyczerpany, ale jazda dopiero miała się zacząć…
Noc w namiocie nie była najmądrzejszym pomysłem, na otwartej przestrzeni lotniska
temperatura w nocy bliska była zera, a w dzień wiało tak, że miałem wrażenie
że zamarznę na miejscu. Zbawienna była jazda uczestników spotu, oglądanie
Krystiana, Shafta, Mani i wszystkich pozostałych stunterów rozgrzewała mocniej
niż niejeden piec.
Próba zbudzenia Manula i Spiniego:
Tego dnia fatum nawiedziło mnie ponownie – cebra stwierdziła że ma wszystko w dupie i nie odpali – zawiodła pompa paliwa, jak okazało się po powrocie… Rozwalone moto, nocleg na pasie, brak możliwości dobrego umycia się, iście menelska tułaczka.
Przed kolejną zimną nocą poszliśmy po trochę opału, jako że było trochę tego, zatrudniliśmy Bazę żeby przytargał nam nasze drewno swoim Mietkiem, do którego potem dopadł się osobnik o tej samej ksywie co samochód, i… POOOSZŁA PÓŁOOOŚKA. Teraz poza brakiem moto, dobrego noclegu i wszystkiego co wymieniłem wyżej doszedł jeszcze brak możliwości powrotu do domu. Wieczorem zwinęła się cała nasza ekipa, oprócz mnie i Bazy. Znów myślałem że to już maksimum, że cholerne fatum już dostatecznie się nad nami rozpaściło, ale się przeliczyłem.
Noc była zimniejsza niż myślałem, ognisko ze świeżego drewna nie chciało się
palić, browar nie smakował tak jak zwykle, wszystko było na nie i czekałem
tylko na ranek i jakąś opcję powrotu do domu… Dzień mocnym akcentem rozpoczął
Kilu swoją 900RR. A co tam, jak się bawić, to się bawić, wystawić korbę, silnik
podpalić! A miał być tylko niewinny chainsaw… Kilu był tego dnia gwiazdą destrukcji,
kilka godzin później katował agresywne i wysokie stopale na MIetkowej 929,
którą dodał do licznika ofiar w sprzęcie, roztrzaskując HISS-a przy locie
przez kierę. Powoli puszczały mi nerwy, poszukiwanie półośki nie powiodło
się, jej demontaż do spawania również, ludzie rozjeżdżali się do domów, aż
zostaliśmy we dwójkę z rozwalonym motocyklem, autem i perspektywą spania w
aucie. Przygotowaliśmy się do spania, koce, śpiwory, wszystkie bluzy, spodnie
i koszulki założyliśmy na siebie i próbowaliśmy jakoś przetrwać do rana. „To
moje buty tak śmierdzą czy Twoje?” pytałem Bazę, klejąc się już do wszystkiego
co ubrałem i co nosiłem bez przerwy przez ten cały weekend. Już wiem jak wygląda
życie menela, wiem czym jest tęsknota za domem… Będąc na skraju załamania
nerwowego, w zimnie i smrodzie niespodziewanie pojawiła się iskra nadziei
– zadzwonił Krystian i zaoferował nam hol i spanie u nich w pensjonacie. Bóg
istnieje! Spakowaliśmy się, po chwili przyjechał swoim jeepem Herbata, z Krystianiem
i Kacem na pokładzie, którzy stwierdzili, że wyglądamy jak rozbitkowie po
kilkutygodniowym pobycie na bezludnej wyspie.
Załadowaliśmy f3 na przyczepkę, chłopaki doholowali nas do swojego lokum, a tam… Luksus, o jakim marzyłem przez cały weekend. Prąd, ciepła woda, łóżko, nawet pianino! Na którym swoje umiejętności grania dupskiem szlifował później Baton. Prysznic, czyste rzeczy… Nigdy tak niewiele nie sprawiało mi tak wiele radości. Jakby tego było mało, chłopaki z MotoMC ugościli nas po staropolsku jadłem i bimbrem, który smakował jak najlepsza wódka z górnej półki (zero kaca na drugi dzień!).
Z rana podjechał po nas ratunek, Bazy tata przyjechał t4 z lawetą. Merc na
lawetę, przyczepka… no właśnie. Miała wejść do transportera – ale nie bardzo
chciała. Decyzja – zostawiamy ją i wracamy po nią później, co to 200km w jedną
stronę. Przytargaliśmy Mietka, zjedliśmy obiad u Damiana i ogień na Broczyno
z powrotem! Po dotarciu na miejsce, pani z pensjonatu z uśmiechem stwierdziła,
iż nam przyczepki nie odda – „bo ten Rudy taki syf zostawił, z łodzi 5 osób
było i motory, i nic, czysto, jak ludzie się zachowywali!”… Szlag by to trafił.
Po jakimś czasie pani dała się ubłagać i wróciliśmy spokojnie do domu. Jeszcze
pod moją bramą kumplowi auto nie chciało odpalać, fatum maja nie ma końca.
W domku TV, Liga mistrzów, piwko, i ukochana Barca przechodzi do finału… Zawsze
trzeba znajdować powody do radości!
Filmik z majówki produkcji Bazy:
Text: Manul